JABŁONIEC 1914
Limanowskie Stowarzyszenie Historii Ożywionej
Aktualności
dodano: 26-01-2019 18:27:57,
odsłon: 287
PL
Limanowa z Jerzym Waszyngtonem
czyli o zamorskich wojażach za jednego centa.

   Po zaprezentowanej poprzednio starej limanowskiej karcie pocztowej  ze stemplem Suwerennego Rycerskiego Zakonu Kawalerów Maltańskich, tym razem przyszedł czas na kolejny ciekawy walor filokartystyczny. Jest to kontynuacja mojego skromnego autorskiego cyklu, któremu nadałem roboczy tytuł: Limanowskie perły z obiegu.

Poniższy artykuł dedykuję galicyjskim emigrantom – siostrom i braciom naszych przodków.

Tym, którzy stąd wyjechali na wieczną tułaczkę, i tym, którzy tutaj pozostali na ojcowiźnie.

 

 

Góralu, czy ci nie żal

odchodzić od stron ojczystych,

świerkowych lasów i hal

i tych potoków srebrzystych ?[1]

 

 

   Tęsknota niejedno ma imię … . Tak ponoć głosi stare ludowe porzekadło. Przekonałem się o tym, gdy wziąłem do ręki starą kartę pocztową, skądinąd dość popularną, ale z ładnym secesyjnym awersem z trzema widokami naszego miasteczka jeszcze z czasów cesarsko-królewskiej Galicji pod berłem Najjaśniejszego Pana Cesarza Franciszka Józefa I. Pierwsze skojarzenie, jakie nasunęło mi się przy lekturze krótkiej korespondencji z tejże pocztówki, to wspomnienie rzewnej i wzruszającej do łez pieśni - swoistego hymnu „chlebowych” emigrantów z Podhala – „Góralu, czy ci nie żal”. Nie mam pojęcia, czy ta pieśń jest dzisiaj tak popularna wśród młodego pokolenia, jak była za czasów mojej młodości, kiedy to - nie wiedzieć dlaczego - każda impreza, czy to rodzinna, harcerska czy studencka, kończyła się jej chóralnym wykonaniem. To tak na marginesie, ale wracam do meritum sprawy i tym oto sposobem prezentuję kolejne filokartystyczne cymelium z limanowskim rodowodem.

   W sobotnie popołudnie, 17 marca 1923 roku, w niewielkim amerykańskim miasteczku Medina[2] położonym w północnym stanie Ohio, niejaki Stanley nadał na poczcie przesyłkę w postaci karty pocztowej, zaadresowaną do wielebnego księdza (ang. Reverend, w skrócie: Rev.) o imieniu Magnus, zamieszkałego w Pittsburghu, w stanie Pensylwania (Pa). Ofrankowana  znaczkiem pocztowym o nominale 1 centa (sic!) z podobizną Jerzego Waszyngtona, została ostemplowana o godz. 7 PM ( czyli o 19.00) stemplem owalnym i wyekspediowana do miejsca przeznaczenia. A swoją drogą, cóż to były za stare, dobre czasy, gdy taka usługa wyceniona została tylko na jednego centa. Obecnie taka przyjemność kosztuje- według cennika US Mail[3]- minimum 24-29 centów. Cóż, inflacja. W zasadzie nie byłoby w tym zdarzeniu nic dziwnego i godnego uwagi – wszak w owych czasach pocztówki były tanim i bardzo powszechnym sposobem porozumiewania się między ludźmi a urzędy pocztowe na całym świecie ekspediowały je w milionach sztuk – gdyby nie fakt, iż przedmiotowa karta pocztowa pochodziła z dalekiej Polski, a konkretnie z Limanowej, a na jej awersie nadawca poczynił krótkie, ale jakże wiele mówiące i cenne dla nas, zapiski. Stara limanowska pocztówka z ciekawą korespondencją, puszczona w obieg poczty Stanów  Zjednoczonych Ameryki Północnej; prawdziwa kolekcjonerska perełka z obiegu. Przejdę zatem do omówienia waloru. Pocztówka wydana została w Limanowej, w 1917 roku, staraniem M.Olszewskiego w ilości 7461 sztuk. Odnotowane są ponadto wydania tejże pocztówki tego samego nakładcy z lat wcześniejszych, tj. z 1915 i 1916 roku, oraz innych nakładców, np. J. Sterna, główna Trafika w Limanowej. Spotykane są również egzemplarze niesygnowane; nazwalibyśmy je dzisiaj, pirackimi. Wspomniany na wstępie trzywidokowy awers jest kompilacją trzech wcześniej wydanych kart pocztowych, przedstawiających: panoramę miasta, budynek cesarsko-królewskiej administracji powiatowej czyli starostwa przy ul. Waleriana Zubrzyckiego (obecnie ul. Matki Boskiej Bolesnej) oraz część rynku z budynkami: sądu i szkoły ludowej oraz starym, drewnianym kościołem z XVIII wieku. 

 

 

Dzięki ciekawej secesyjnej kompozycji pocztówkę tę należy zaliczyć do najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek poświęcono Limanowej.

 

Intrygującym jest brak opisu kościoła, który- chociaż schowany za budynkami, niejako na drugim planie - to przecież góruje nad nimi swoją wieżą i aż prosi się o wzmiankę: my church czyli mój kościół. Wprawdzie ten drewniany, tu widoczny, już nie istniał w 1923r. (rozebrany na przełomie 1910/11r.), ale wszystko wskazuje na to, że w dzieciństwie Stanisław uczęszczał do niego wraz z rodzicami na nabożeństwa.

 

Oblicze naszego miasteczka u schyłku XIX wieku, w trzech odsłonach. Oryginalna kompozycja widoków i motywów roślinno-kwiatowych a la kwietnik, utrzymana w charakterystycznym dla epoki stylu secesyjnym. Właśnie na tym ostatnim wspomnianym widoczku, który na awersie znajduje się po prawej stronie, nadawca zamieścił jego zwięzły opis w języku angielskim. Budynkowi szkoły, przy pomocy dłuższej strzałki, przyporządkował hasło: my school czyli moja szkoła, natomiast sąsiedni budynek opatrzył hasłem: courthouse (w oryginalnej pisowni jest: courd house) czyli siedziba, budynek sądu. Kurtyna tajemnicy opadła ! Tym samym prawie anonimowy nadawca, który angielskojęzyczną korespondencję z rewersu uwiarygodnił, tylko i niestety, imieniem Stanley, okazał się być naszym krajanem – Stanisławem lub po prostu – Staszkiem. Wielka dla nas szkoda, że nie dopisał nazwiska. Jedna krótka notatka, rzeczownik z przydawką, w zestawieniu z obrazem, sprawiły, że zagadka obecności limanowskiej pocztówki w Krainie Wielkich Jezior, za „wielką wodą”, znalazła wytłumaczenie. Pójdźmy więc tym „szkolnym” tropem i spróbujmy dowiedzieć się, w miarę możliwości, czegoś więcej o naszym Staszku. Budynek limanowskiej szkoły ludowej, usytuowany przy zachodniej pierzei Rynku, w sąsiedztwie sądu i kościoła, został zbudowany jeszcze w latach czterdziestych XIX wieku przez ks. Warpechę[4]. W 1891 roku szkoła została przekształcona z czteroklasowej w pięcioklasową a jej ukończenie pozwalało na kontynuowanie nauki w szkołach średnich. Do miejskiej szkoły ludowej uczęszczały dzieci w wieku 6-12 lat z Limanowej oraz czterech okalających miasto wsi: Mordarki, Sowlin, Starej Wsi i Lipowego[5]. Tak więc Stanisław, do chwili wyjazdu na kontynent amerykański, był mieszkańcem tego rejonu. Jak zatem znalazł się na początku XX w. w Ameryce? Odpowiedź na to pytanie jest prosta i oczywista: wyemigrował za chlebem. Podzielił los wielu tysięcy – jemu podobnych - młodych ludzi, którzy opuścili rodzinne strony i udali się w nieznane w poszukiwaniu pracy i lepszego życia.

 

A góral na góry spoziera

I łzy rękawem ociera,

Bo góry porzucić trzeba,

Dla chleba, panie, dla chleba.

 

Okazuje się, że tak dzisiaj powszechna emigracja zarobkowa, stała lub okresowa, była równie popularna na ziemiach polskich już w drugiej połowie XIX wieku, kiedy to została usankcjonowana prawnie. Apogeum tego zjawiska przypadało na przełom XIX i XX wieku. W I tomie monografii Limanowej, w rozdziale zatytułowanym: W dobie autonomii galicyskiej autorstwa Kazimierza Karolczaka czytamy: Tradycje wychodźstwa za pracą z okolic Limanowej sięgały jeszcze XVIII wieku, kiedy to w porze prac polowych udawano się na Węgry, do Królestwa Polskiego czy pod Kraków. Później chłopi poszukiwali zajęcia przy budowanych w Galicji drogach oraz przy fortyfikowaniu twierdz w Krakowie (1846-1866) i w Przemyślu ( 1880-1885). W połowie XIX wieku zaczęła się emigracja do Rumunii, Siedmiogrodu i na Węgry. W okresie autonomicznym popularne stały się też wyjazdy sezonowe do pracy w Zagłębiu Ostrawsko- Karwińskim w Czechach  oraz do Prus (czyli na tzw. „Saksy”)[6], Belgii i Danii. […] Z okolic Limanowej do Ameryki najwcześniej wyjeżdżali chłopi z Mordarki, Sowlin i Słopnic, a od roku 1880 także ze Starej Wsi.[7] Szacuje się, że w latach 1864-1914 Galicję i Lodomerię opuściło ponad 2 mln osób.[8] W jednym tylko, ostatnim dziesięcioleciu XIX wieku, wyjechało za chlebem aż 303 tys. Galicjan[9]. Ksiądz Józef Panaś, legendarny kapelan II Brygady Legionów Polskich, zwanej także Brygadą Karpacką lub Żelazną, zamordowany w kwietniu 1940 roku w Katyniu w bestialski sposób strzałem w tył głowy przez sowieckich katów z NKWD, tak rozpoczyna swoje wspomnienia z bitewnych szlaków Wielkiej Wojny, spisane w książce My, Druga Brygada:

Wybuch wszechświatowej wojny zastał mnie w Niemczech, w ksiąstewku Anhalt.[10] Poświęciłem bowiem odpoczynek wakacyjny pracy duszpasterskiej wśród polskich robotników fabrycznych i rolnych, których setki tysięcy pracowało w przemyśle i rolnictwie niemieckim. Stanowili oni jedną z podstaw siły ekonomicznej tegoż państwa. O liczebności robotników polskich niech świadczy i ta okoliczność, że ich grosz znojny pokrył czysto protestanckie okolice setkami kościołów katolickich, zwanych Polnische Kirche[11].

Czyż obecnie sytuacja nie wygląda identycznie? W tej kilkuzdaniowej opinii – sprzed stu niemal lat - uważnego obserwatora i wnikliwego analityka zawarta jest kwintesencja przyczyn i skutków zjawiska emigracji zarobkowej. Globalny pseudo ład gospodarczy , jakkolwiek był, jest  i będzie urządzony na przestrzeni wieków, zmuszał , zmusza i nadal będzie zmuszać ludność słabo rozwiniętych i zacofanych, często specjalnie utrzymywanych w biedzie i nędzy, krajów do budowy potęgi innych – bogatszych i silniejszych.

   Emigracja była możliwa dzięki umocowaniom prawnym, a mianowicie uchwalone w 1867 roku przez parlament Austro-Węgier ustawy zasadnicze gwarantowały m.in. wolność przesiedlania się i emigracji. Nie ulega wątpliwości, że główną przyczyną tego zjawiska, poza oczywistym i naturalnym dążeniem człowieka do lepszego i godniejszego życia, była wszechobecna nędza. Powszechnie uważa się, iż Galicja i Lodomeria była najbiedniejszym i najbardziej zacofanym krajem koronnym monarchii Habsburgów, za wyjątkiem tzw. Pogranicza Wojskowego ( na Bałkanach ).

 

 

Panorama Limanowej w wiosennej scenerii z przełomu XIX i XX wieku na starej karcie pocztowej z obiegu z 1905 roku. Taki obraz rodzinnych stron, utrwalony w pamięci, poniósł w świat – na tułaczkę za chlebem po obcej ziemi - nasz rodak Stanisław. Rodzina żegnała go być może słowami popularnej wtedy pieśni ( z c.k. podręcznika): Choć odjeżdżasz w obce kraje, lecz serce Twoje pośród nas zostaje. I tęsknił …Nakład J. Appla w Limanowej; wydawca B.R.K. Uwagę przykuwa bardzo rzadka zabudowa ówczesnej ulicy Waleriana Zubrzyckiego (obecnie Matki Boskiej Bolesnej). Patrz: prawie odosobniony budynek c.k. starostwa. Na pierwszym planie tory kolejowe. Ulubione miejsce uwieczniania wizerunku naszego miasteczka przez fotografów - zawodowców i amatorów.

 

 

Galicyjska wieś w obiektywie fotografa-żołnierza wojsk sprzymierzonych z 1915 roku, rozpowszechniona w postaci fotopocztówki poczty polowej (feldpost). Ten klimat – na pozór – sielskiego życia świetnie oddaje wiersz Pochwała  życia wiejskiego, którego początek cytuję:   Wsi spokojna, wsi wesoła !   Który głos twej chwale zdoła ?    Kto twe czasy, kto pożytki    Może wspomnieć zaraz wszytki? ( z c.k. podręcznika). Karta pocztowa wydana przez Carl Pieper Verlag, Braunschweig, Sűdklint.

 

Oderwana siłą od naturalnego zaplecza gospodarczego w dorzeczu Wisły i sztucznie połączona w niespójną całość z rynkiem ekonomicznym basenu dunajskiego, skazana była przez to nieuchronnie na zastój, na utrwalanie potęgi konserwatywnego ziemiaństwa i niedorozwój przemysłu[12]. Ten stan rzeczy świetnie i bardzo celnie oddaje, funkcjonujące w epoce, powiedzenie: Kraj koronny nie nosi już nazwy Galicja i Lodomeria, lecz Golicja i Głodomeria[13].

Znany limanowski działacz ludowy, syn wójta ze Starej Wsi, Walenty Gawron, w swoich „ Wspomnieniach z Limanowszczyzny”, pisał tak: Wieś galicyjska pod koniec XIX wieku, tuż po zniesieniu pańszczyzny, była bardzo zacofana. Ludzie nie umieli czytać i pisać, szerzyły się zabobony. Wszystko to było umiejętnie wykorzystywane przez panów i kler. Z biegiem lat, na skutek rozwoju szkół ludowych, wyjazdów na roboty do Europy Zachodniej i Ameryki, służby wojskowej mężczyzn oraz działalności księdza Stojałowskiego, zmieniało się oblicze wsi. Rosła świadomość narodowa i klasowa chłopów[14]. Gwoli ścisłości wypada dodać, że niewiele lepiej żyło się na wsi polskiej pod zaborem rosyjskim, czyli w tzw. Kongresówce (dawne Królestwo Polskie), poddanej do tego silnej rusyfikacji i restrykcjom po Powstaniu Styczniowym. Natomiast w niewątpliwie bogatszej Wielkopolsce pod zaborem pruskim żyło się lepiej i dostatniej, ale w warunkach agresywnej antypolskiej polityki Otto von Bismarcka (zyskał złą sławę polakożercy), czego odwierciedleniem były m.in. słynne „rugi pruskie” czy też strajk dzieci polskich we Wrześni.  Po 1867 roku Galicja uzyskała szeroką autonomię a jej mieszkańcy cieszyli się znacznymi prawami i swobodami obywatelskimi, m.in. w kulturze, administracji, gospodarce, szkolnictwie i samorządzie. Bezsprzecznie wpłynęło to na rozwój ekonomiczny i społeczny naszego regionu; pod koniec XIX wieku odnotowano w Galicji spore ożywienie gospodarcze. Znaczne inwestycje państwowe, związane z budową dróg i linii kolejowych, koszar, rozbudową twierdz, a do tego dobra koniunktura w browarnictwie i gorzelnictwie, a także w przemyśle wydobycia i przeróbki ropy naftowej, zapewniły tysiące miejsc pracy dla  polskich chłopów. Dzięki zarobionym na miejscu i napływającym z zagranicy pieniądzom społeczność galicyjska dźwigała się powoli na wyższy poziom cywilizacyjny. Walenty Gawron w cytowanych wyżej wspomnieniach przytacza  przykład swojego kolegi i krajana nazwiskiem Mrozek, który na zarobek wyjechał do Ameryki i tam zaoszczędził 500 reńskich[15](złotych). Dla porównania, przy budowie linii kolejowej w czasie najdłuższych dni, tj. w czerwcu i lipcu, kiedy pracowało się od godziny 4.00 rano, przy robotach ziemnych płacono zaledwie po 1 reńskim austriackim[16].

Wprawdzie wielonarodowa monarchia naddunajska – sprawnie administrowana, z dobrze rozwiniętym rolnictwem i nieźle prosperującym przemysłem, w tym także ciężkim (umiejscowionym w Czechach) – nie zaliczała się do potęg gospodarczych Europy, to nadal pozostawała – w kontekście militarnym i politycznym - w czołówce mocarstw kontynentu. Stąd też liczące się siły polityczne i elity Galicji w lojalnym trwaniu pod berłem Habsburgów upatrywały szansy na restytucję państwa polskiego, odrzucając walkę zbrojną a preferując parlamentaryzm jako sposób zwiększania wpływów politycznych. Wyrazem tejże orientacji był słynny apel do Cesarza Franciszka Józefa I, wystosowany przez Sejm Galicyjski w 1866 roku, zwieńczony słowami: „Przy Tobie, Najjaśniejszy Panie, stoimy i stać chcemy.”[17]

 

 

Centrum Pittsburgha widziane z lotu ptaka (wys. 1100 stóp) z początku XX w. Na pierwszym planie stadion miejski na 62 tys. miejsc wybudowany kosztem 2,1 mln $. W oddali 40 piętrowy budynek administracyjny uniwersytetu. W 1758 r. został założony Fort Pitt; w 1760 r. przybyli pierwsi osadnicy. Z małej szkocko-irlandzkiej osady powstało w przeciągu półtora stulecia jedno z największych centrów przemysłowych świata. Można sobie wyobrazić szok, jaki przeżywali imigranci po przybyciu z  małych galicyjskich mieścin do tak potężnych aglomeracji.

 

Zakres swobód obywatelskich (a w zasadzie ich brak) na ziemiach polskich pod zaborami. Orzeł zespętanymi skrzydłami to alegoria udręczonej Rzeczypospolitej. Z lewej: żandarm pruski batożący polskie dziecię za naukę języka ojczystego z katechizmu. Nazwy miejscowości zaznaczono na mapie w języku polskim, m.in.: Września, Grunwald. Z prawej u góry: żandarm rosyjski rewiduje mieszkańca Kongresówki. U dołu: obywatele Galicji i Lodomerii swobodnie manifestujący idee niepodległościowe, ludowe i socjalistyczne. Pod berłem Habsburgów, na mocy konstytucji uchwalonej w 1867 roku, Galicja uzyskała szeroką autonomię, dzięki której mogli działać tutaj tacy znani politycy jak: Wincenty Witos, Ignacy Daszyński, Michał Bobrzyński, Bolesław Limanowski. Schronienie znaleźli tu również, prześladowani w zaborze rosyjskim, Józef Piłsudski oraz Roman Dmowski. Trzech Polaków sprawowało najwyższy urząd premiera w rządzie wiedeńskim:Agenor Gołuchowski, Alfred Potocki i Kazimierz Badeni. W tejże „biednej” Galicji mogły powstać i funkcjonować paramilitarne organizacje niepodległościowe: Związek Strzelecki, Towarzystwo Strzelec i Polskie Drużyny Strzeleckie. Stąd wreszcie, z Oleandrów, wymaszerowała na bitewne szlaki Pierwsza Kompania Kadrowa Legionów Polskich na czele ze swym Komendantem Józefem Piłsudskim.

Karta pocztowa – wydawnictwo kart polskich  A.S. Kraków

 

Emigracyjny „proceder” – bo tak bez ogródek tenże stan rzeczy należałoby określić -  miał charakter zorganizowany. W większych miastach i miasteczkach Galicji istniały biura pośrednictwa  pracy, służące informacjami i świadczące pomoc, a po wsiach i gminach działali agenci, zwykle jako kupcy, namawiający na wyjazd. Urzędy wydawały stosowne dokumenty, które później wracały z potwierdzeniem. Koszt takiej wyprawy był znaczny. Często trzeba było sprzedać spory kawałek pola lub w ogóle cały majątek, jeżeli emigrowała cała rodzina. Jan Wielek w artykule Wędrówki Limanowian za chlebem szacuje koszt wyprawy do Ameryki na początku XX wieku na sumę 200-400 koron[18]. A i sama podróż była długa, uciążliwa i niebezpieczna. W czasach, gdy różnego rodzaju środki transportu nie były tak powszechne jak dzisiaj, gdy nie było boeingów i concordów,  na kontynent amerykański płynęło się „szifem” (niem.: Der Schiff – statek) około dwóch, trzech tygodni. A wcześniej trzeba było dojechać pociągiem do najbliższego dużego portu, do którego zawijały statki oceaniczne. Dla tej części Europy takim portem był Hamburg, w „Prusiech”. Tak więc ci ludzie wybrali się naprawdę do Ameryki, daleko, bardzo daleko, za góry i morza, na drugi koniec świata. Gdyby człowiek chciał tam zajść piechotą, a morze mu nie przeszkadzało, toby kilka miesięcy iść musiał. Ale koleją żelazną i parowym okrętem idzie to prędzej, bo tylko dwa do trzech tygodni.[…] W Hamburgu obdarto ich bardzo z pieniędzy, na statku jechali w wielkim tłumie, w niewygodnej wspólnej sali pod pokładem. Nikt ich nie rozumiał ani oni nikogo. Rzucano nimi jakby jaką rzeczą; popychano ich jak kamień przy drodze. W porze obiadowej, gdy wszyscy cisnęli się z naczyniami do kucharza, rozdającego strawę, ich odpychano na sam koniec. Czasem i głodem przyszło przymrzeć. W połowie drogi przebyli straszną burzę morską, która omal że statku nie zatopiła, a wszystkich przeraziła. Szczęściem, że między majtkami niemieckimi znaleźli Kaszuba z pod Gdańska, który jeszcze kilka słów polskich rozumiał i życzliwie z nimi się obchodził[19]. Ten zniechęcający ewentualnych kandydatów do zamorskiej eskapady opis odnalazłem w starym, wydanym w 1914 roku, c.k. podręczniku dla młodzieży szkolnej. Mimo to chętnych nie brakowało; do wybuchu Wielkiej Wojny powiat limanowski opuszczało co roku ok. dwa tysiące mieszkańców[2]. Zdarzali się też „recydywiści” czyli emigranci czasowi , którzy systematycznie wyjeżdżali za „wielką wodę”, a zarobione pieniądze inwestowali tu, na miejscu, np. dokupując kawał pola i powiększając „ojcowiznę”. Władze tolerowały zjawisko powszechnej emigracji, jednakowoż starały się ograniczać jego rozmiary w trosce o ochronę własnego rynku pracy, a w szczególności zapobiegając nagminnej ucieczce młodych mężczyzn przed obowiązkową służbą wojskową. Nota bene w czasach najnowszych każdy kolejny nowo ukonstytuowany rząd polski obiecuje uczynić wszystko, poruszyć niebo i ziemię, aby wprowadzić ruch bezwizowy z USA. Jak dotąd bez rezultatu. Sto lat temu sprawy miały się o wiele prościej. Wystarczyły dobre chęci ( do wyjazdu i ciężkiej pracy), szczypta odwagi i determinacji i pareset koron w kieszeni. Wizy i wszelkie inne utrudnienia były zbędne, gdy liczyła się każda para rąk do pracy. Dynamicznie rozwijająca się gospodarka amerykańska potrzebowała taniej i z reguły niewykwalifikowanej siły roboczej. Ale czas najwyższy zakończyć temat emigracji, skądinąd rozległy, frapujący i nasuwająjący wiele analogii do czasów współczesnych, i wziąć na warsztat inny, równie ciekawy i intrygujący, a mianowicie zagadkę adresata tejże karty pocztowej. Osoba wielebnego Magnusa Kazenasa z pewnością zasługuje na uwagę; mało tego, jak okaże się w dalszej części niniejszego opracowania, stanie się kluczem do rozwikłania tej zagadkowej historii. Co do istotnej kwestii ustalenia dossier wielebnego nie robiłem sobie wielkich nadziei, czyniąc na wstępie – fałszywe, jak się potem okazało, na szczęście !- założenie: oto jeden z wielu tysięcy duchownych na wielkim kontynencie amerykańskim, którego postać - zwłaszcza po tylu latach - odeszła w niepamięć. Korzystając z dobrodziejstwa internetu, ale bez większego przekonania w pozytywny końcowy rezultat tego kroku, wstukałem do najpopularniejszej- zdaje się- przeglądarki hasło z imieniem i nazwiskiem wielebnego adresata. A tu strzał w dziesiątkę! Ku mojemu wielkiemu zdumieniu i miłemu zaskoczeniu, Google wyszukały błyskawicznie kilka linków do cennych stron WWW. Okazało się , iż father Magnus Kazenas wcale nie był osobą nieznaną. Wręcz przeciwnie! Wpisał się do historii jako duchowny wielce zasłużony dla społeczności miasta Pittsburgha i całego stanu Pensylwania i to w wymiarze nie tylko duszpasterskim, ale przede wszystkim społecznym, charytatywnym i ekumenicznym. Mało tego! Z pochodzenia był Litwinem i w młodości - podobnie jak Stanisław - opuścił swoją ojczyznę i wyemigrował do Ameryki. Tam tułacze drogi potomków obywateli Rzeczypospolitej Obojga Narodów się skrzyżowały, ale do tego wątku powrócę w dalszej części artykułu. Teraz przytoczę garść informacji biograficznych o ojcu  Magnusie, które uzyskałem dzięki uprzejmości jednej z sióstr z Pittsburgha, pracującej w archiwum tamtejszego żeńskiego zgromadzenia sióstr katolickich od św. Franciszka. Pełna angielsko- języczna nazwa tejże kongregacji brzmi: The Sisters of St.Francis of the Providence of God. Na jeden z odnalezionych na wspomnianych wyżej stronach WWW adresów  wysłałem do sióstr e-maila z prośbą o bliższe informacje dotyczące ojca Magnusa. Dzięki wrodzonej dla Amerykanów chęci służenia pomocą w każdej sytuacji, niemal natychmiast otrzymałem odpowiedź z niezwykle cennym materiałem, zawierającym m.in.: krótką biografię z fotografią o.Kazenasa oraz kilka zdań na temat tamtejszej Polonii. Tak się złożyło, że wymiana e-mali zbiegła się w czasie z tragiczną katastrofą prezydenckiego Tupolewa w lesie pod Smoleńskiem, w której śmierć ponieśli Pan Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej prof. Lech Kaczyński wraz z małżonką oraz towarzyszącymi osobami i załogą. Siostry nie omieszkały złożyć najszczerszych kondolencji, wspominając o modlitwach w intencji poległych w służbie Narodu w kościele św. Stanisława Kostki w polskiej dzielnicy Pittsburgha. Za okazaną życzliwość, udostępnienie wspomnianych materiałów oraz zgodę na ich publikację w moim skromnym opracowaniu, składam niniejszym Siostrom Franciszkankom z dalekiego Pittsburgha najserdeczniejsze podziękowania.

  Magnus Kazenas przyszedł na świat 2 lipca 1885 roku w Pasvalys[21] na Litwie. Tam też ukończył szkołę podstawową, a dalszą naukę kontynuował w szkole średniej w Panevezys[22]. Po pierwszym roku nauki rozchorował się i został zmuszony przerwać edukację. Po powrocie do zdrowia, przyjął zaproszenie swojego brata Petera i 2 września 1904 roku przybył do Ameryki. Zamieszkał wraz z bratem w Pittsburghu. Dzięki pomocy materialnej brata oraz wsparciu księdza Tarkowskiego z McKeesport (Pa), rozpoczął studia w St. Mary’s College w Detroit ( Michigan). W 1908 roku, po ukończeniu college’u, wstąpił do seminarium SS. Cyril and Methodius Seminary w Orchard Lake ( Michigan). Święcenia kapłańskie przyjął 7 czerwca 1913 roku z rąk arcybiskupa J. Webera. Jego pierwszą parafią było Briar Hill w Pensylwanii. Po kilku miesiącach, 11 września 1913 roku, trafił do parafii św. Józefa w Donora (Pa). 17 listopada 1917 roku został przeniesiony do parafii św. Antoniego w Bridgeville (Pa), gdzie pełnił także funkcję kapelana miasta i szpitala okręgowego. 10 maja 1920 roku został wyznaczony na administratora parafii św. Kazimierza w Pittsburghu. Po śmierci ojca J. Sutkaitis’a, 30 września 1930 roku otrzymał nominację na proboszcza. W tejże parafii pełnił posługę kapłańską do końca swych dni. Zmarł w 1961 roku. Za tymi suchymi faktami i datami kryje się ciekawa i nietuzinkowa osobowość ojca Magnusa. Odznaczał się wielką pracowitością i posiadał znakomite umiejętności zarządzania i kierowania ludźmi. Bóg wyróżnił go tężyzną fizyczną, miłym usposobieniem, hojnością dla potrzebujących i skromnością. Przez ponad trzydzieści lat sprawowania urzędu proboszcza był dobrym gospodarzem parafii św. Kazimierza i prawdziwym duchowym przewodnikiem dla jej społeczności. Odegrał znaczącą rolę przy zakupie obecnej siedziby żeńskiego zgromadzenia zakonnego Sióstr Franciszkanek w Castle Shannon (Pa). Siostry przybyły do Pensylwanii z Chicago i zajmowały się w głównej mierze opieką nad imigrantami przybywającymi z Europy, a szczególnie z dawnych ziem Polski, Litwy i Rusi. Dzięki jego staraniom parafia zakupiła teren pod cmentarz, uważany za jeden z najładniejszych w całej diecezji. Także dzięki jego wysiłkom, w 1934 roku otwarto parafialną szkołę dla dziewcząt i chłopców, a 1937 roku powstała obecna siedziba probostwa. Prawie całe dojrzałe życie i praca duszpasterska ojca Kazenasa była związana z miastem Pittsburghiem i stanem Pensylwania. Posługa duszpasterska tamtejszej społeczności, stanowiącej konglomerat różnych narodowości: Szkotów, Holendrów, Anglików, Niemców, Słowaków, Polaków czy Rusinów, to tylko jeden z wymiarów jego pracy. Jego talenty organizacyjne zabłysły przede wszystkim w dziele pomocy charytatywnej, dzięki której przybywający tutaj imigranci mogli liczyć w pierwszych tygodniach pobytu  na dach nad głową, wyżywienie i pośrednictwo (z braku znajomości języka) w zatrudnieniu. 

 

 
 

Fotografia portretowa wielebnego Magnusa Kazenasa z lat 30-tych XX wieku, kiedy to sprawował urząd proboszcza parafii św. Kazimierzą w Pittsburghu. (z archiwum Sióstr Franciszkanek  z Pittsburgha)

Krótka nota biograficzna ks. Magnusa, najwidoczniej zaczerpnięta z miejscowej prasy; być może z „Lithuanian News”, z którą współpracował. Jak wynika z jej treści, sporządzona na kilka lat przed śmiercią wielebnego.( z archiwum Sióstr Franciszkanek z Pittsburgha)

 

Historyczna nazwa tegoż stanu: Pennsylvania przekłada się na lasy Penn’a i składa się z dwóch członów: Penn od założyciela i właściciela kolonii angielskiego kwakra Williama Penn’a, któremu król Anglii Karol II nadał prawa do tych terenów oraz łacińskiego słowa sylvania oznaczającego lasy. W północno-zachodniej części stan graniczy z jeziorem Erie, natomiast część południowo-wschodnia poprzez Filadelfię, drugi co do wielkości po Nowym Jorku port atlantycki, otwiera się na Ocean Atlantycki. Podczas amerykańskiej wojny domowej Pensylwania była terenem krwawych walk. To właśnie w tym stanie, w hrabstwie Adams, w 1863 roku pod Gettysburgiem miała miejsce rozstrzygająca o losach tej bratobójczej wojny wielka trzydniowa bitwa, w rezultacie której unijna Armia Potomaku zmusiła do odwrotu konfederacką Armię Wirginii Północnej  pod dowództwem gen.Roberta E.Lee.

   II połowa XIX wieku wraz z zakończeniem wojny secesyjnej przyniosła żywiołowy rozwój przemysłu na północy Stanów Zjednoczonych, szczególnie w Regionie Wielkich Jezior, bogatym w surowce, sieć rzek i kanałów oraz dróg żelaznych ułatwiających transport. W samym środku Ameryki Północnej jest pięć dużych i głębokich jezior: 2 z nich są większe, niż Bukowina, 2 są większe od Czech, a 1 większe od Galicyi. Jeziora te połączone są między sobą i z morzem spławnemi rzekami i kanałami[23].  Prężny przemysł wydobywczy i ciężki, a szczególnie hutniczy, metalowy i maszynowy, bazujący na miejscowych złożach węgla i rud żelaza, ulokował się zwłaszcza w okolicach Pittsburgha, siedziby hrabstwa Alleghenny, położonego pośród masywu majestatycznych gór Appallachów. Zaspokajając w 2/3 ogół zapotrzebowania na krajową stal, miasto-metropolia stało się szybko centrum przemysłu hutniczego w całych Stanach, również dzięki napływowi taniej siły roboczej z Europy . Do tej pory nosi zaszczytne miano Miasta Stali (ang.: Steel City). Na początku lat 80-tych XIX wieku imigranci z Polski upodobali sobie dzielnicę Herron Hill w Pittsburghu jako miejsce swojego osiedlenia. Wkrótce do tego stopnia zdominowali pod względem narodowościowym społeczność tego osiedla, że zyskało miano Polish Hill czyli Polskie Wzgórze. Z inicjatywy miejscowej Polonii, w 1897 roku zbudowano tutaj jeden z największych i najstarszych kościołów pittsburskiej metropolii – Kościół Matki Boskiej ( ang.: Immaculate Hearth of Mary Church )[24]. Gdzieś na przełomie XIX i XX wieku zawitał w te strony nasz krajan Stanisław, przybysz z dalekiej Galicji. Polak bez ojczyzny, którą zaborcy wymazali z map Europy na ponad sto lat. Przypłynął z Hamburga do Nowego Jorku jednym z potężnych parowych liniowców pasażerskich, obsługujących tę trasę. Na pewno miało to miejsce przed rokiem 1911, ponieważ wtedy rozgorzał na nowo konflikt bałkański. W 1912 roku ogłoszono w cesarsko-królewskiej armii pogotowie wojenne; parlament w Wiedniu uchwalił wyższe podatki na zbrojenia i większy asenterunek czyli pobór rekruta, a część niektórych „polskich” regimentów liniowych dyslokowano na Bałkany, np. I batalion 13 Galicyjskiego Pułku Piechoty von Strahemberga („Krakowskie Dzieci” lub „Staszki”) przeniesiono do Mostaru. Wyjazd stał się wtedy praktycznie niemożliwy, przynajmniej dla młodego mężczyzny. 

A potem wybuchła Wielka Wojna; pod broń powoływano kolejne roczniki młodych poborowych oraz starszych rezerwistów. W próbie oszacowania - mniej więcej - czasu przybycia Staszka na kontynent amerykański, trzeba uwzględnić fakt, iż – pisząc tę kartkę w 1923 roku – w miarę biegle posługiwał się językiem angielskim. Przede wszystkim w piśmie – co ważne!, a co za tym idzie, i w mowie. Umiejętności tej nie wyniósł z limanowskiej szkoły ludowej, bo tam języka angielskiego nie uczono. Więc wyuczył się go już w Ameryce, ale trwało to zapewne ładnych parę lat. Jak drogocennym skarbem była znajomość języka, świadczy przekaz innego imigranta z powiatu limanowskiego, a ściślej z okolic Tymbarku, imieniem Jan, który wyjechał do Buffalo w stanie Nowy Jork w 1905 roku. W liście do siostry Anny zamieszkałej w Tymbarku, w Małej Polsce ( tak się naonczas adresowało), pisał tak: Żydzi, Szwedzi, Niemcy, Francuzi gdy jadą do Ameryki uczą się na gwałt po angielsku, gdy tutaj przyjadą już im jest sto procent lepiej, ale Polacy, Rusiny, Słowacy, Węgrzy to najniższa klasa ludzi pod tym względem i który się zaraz nie bierze do nauki, to jest 30 lat a po angielsku ani rusz i jest tylko popychadłem. Nie myślcie sobie, że Ameryka to wszystkie dobroci i tutaj jak wszędzie na świecie trzeba z wielkim mozołem zdobywać wszystko. Mądre i ponadczasowe stwierdzenia; można je odnieść również do czasów najnowszych. Zachowałem oryginalną pisownię; nota bene list pisany jest ze swadą, piękną polszczyzną i nie znalazłem w nim, poza interpunkcją, ani jednego błędu ortograficznego. A pisał go po kilkudziesięciu latach (!) pobytu w USA: Chociaż już 32 lat jestem w Ameryce, jednak jeszcze pamiętam ludzi.[…] Musicie wiedzieć, że Buffalo jest wielkie miasto, ma blisko 600.000 tysięcy mieszkańców i dłuższe jest jak z Dobry do Limanowy. Posłałem Wam 10 dolarów a starsze dzieci dla Cioci po dolarze razem 14, jak dostaniecie to napiszcie.

 

 

Panorama Tymbarku na starej karcie pocztowej z obiegu z 1906 roku. Na drugim planie uwagę przyciąga linia drzew (topoli) wyznaczająca tzw. „gościniec (trakt) cesarski”.  Autor fotografii oraz nakładca opisani u dołu pocztówki.

 

I jeszcze ukłon dla przedwojennej poczty i jej solidności; list został nadany na poczcie w Buffalo 25 października 1938 roku o godz.11.30, a dotarł do Tymbarku już 5 grudnia. Porównanie z obecnymi wynikami naszej poczty w realizacji przesyłek, nawet tych krajowych, pozostawię bez komentarza. Dziękuję p. Marii Ociepkowej z Tymbarku za udostępnienie listu i zgodę na publikację jego fragmentów. List pochodzi z archiwum rodzinnego jej nieżyjącego męża, śp. Adama Ociepki, długoletniego redaktora i wydawcy „Głosu Tymbarku”. Jan z Buffalo był bratem jego babci, adresatki tejże korespondencji. 

Wracając do głównego wątku, najprawdopodobniej podczas nauki w college’u lub w seminarium w stanie Michigan, w Detroit (lub Chicago w stanie Illinois – duże skupiska Polonii), Magnus Kazenas spotkał Stanisława. Między Polakiem a Litwinem wywiązała się znajomość, być może przyjaźń, a na pewno – po jakimś czasie – współpraca. Świadczy o tym krótka, bo zaledwie trzyzdaniowa angielskojęzyczna korespondencja  z rewersu kartki. Mowa jest w niej o liście i czeku, które czekały w Medinie na Stanleya, oraz o ustalonym po Świętach Wielkiej Nocy  spotkaniu z wielebnym też w Medinie. Nadawca podpisał się tylko imieniem, jak stary, dobry,  godzien zaufania, znajomy lub przyjaciel adresata. Wnioskuję z tego, iż Staszek udał się do tego miasteczka z jakąś misją związaną z charytatywną działalnością księdza Kazenasa, być może w zbożnym dziele pomocy imigrantom z Europy Środkowej i Wschodniej. Ponie- waż do przyjazdu ojca Magnusa pozostało sporo czasu, bo ponad dwa tygodnie – Wielkanoc  przypadała w 1923 roku na dzień 1 kwietnia - nasz bohater zapewne się nudził. Wizja zbliżających się świąt, spędzanych któryś raz z rzędu na obczyźnie, w samotności, skłaniająca do wspomnień i refleksji, a do tego wiosenna aura budząca przyrodę do życia, w tej części Ameryki podobnej do tej z Polski, spowodowały kolejny nawrót tęsknoty za ojczystymi stronami. Sentymentalna podróż we wspomnieniach do małej galicyjskiej mieściny na Starym Kontynencie, którą trzeba było opuścić w poszukiwaniu chleba w świecie bo na miejscu jest mało dla wszystkich (cytat z listu Buffalo-Tymbark). Stąd w jego rękach znalazła się karta pocztowa z widokami rodzinnej Limanowej na użytek korespondencji do innego imigranta z jakże bliskiej Polsce Litwy, którego rodzinne miasteczko Pasvalys  wyglądało mniej więcej podobnie. Przecież mógł wysłać z Mediny jedną z wielu tamtejszych pocztówek, może ręcznie kolorowanych, pewnie piękniejszych od tej nieco smutnej, bo w czarnej szacie graficznej, limanowskiej karty. Ale serce nakazało mu umieścić korespondencję właśnie na niej. Pozostaje jeszcze ustalić, w jaki sposób Staszek wszedł w posiadanie pocztówki wydanej w 1917 roku w Limanowej, skoro wyjechał do Ameryki wiele lat wcześniej. Otóż mógł ją zakupić (jedną lub więcej) w którymś z polonijnych skupisk i ośrodków, jakich wiele było, i jest nadal, w Regionie Wielkich Jezior. Wiele wskazuje na to, że to właśnie w tym regionie przez długi czas istniało stowarzyszenie zrzeszające imigrantów z Limanowszczyzny, działające pod nazwą Klub Limanowski[25] . Mógł ją wreszcie otrzymać drogą pocztową od rodziny z Limanowej, z którą zapewne też prowadził korespondencję. Podobnie jak Jan z Buffalo, od czasu do czasu, wsuwał do koperty banknoty otulone zapisanym papierem listowym. Do dzisiaj pamiętam, jaka frajda bywała  w domu, gdy do moich dziadków jeszcze z końcem lat 60-tych docierała charakterystyczna trójkolorowa koperta poczty lotniczej od rodziny z USA. Czasami zawierała „załączniki” w postaci zielonego banknotu, jedno-, dwu-, lub góra pięciodolarowego; dla dziadka od kuzyna z „Hameryki”. Korespondencja zaczynała się zawsze – staropolskim chrześcijańskim pozdrowieniem - od słów: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja Matka Jego, bo jest godna słowa tego. Brało się do ręki taki list z wielkim nabożeństwem; wszak przybywał z bardzo daleka, z „innego świata”. Zdarzało się i tak, że przesyłka została wcześniej, gdzieś po drodze, wyczyszczona z zielonych dodatków. Kto pamięta te czasy, ten wie, o co chodzi. Stosowne służby czuwały, by uchronić chłopów, robotników i inteligencję pracującą miast i wsi przed zgubnym wpływem wrogiego imperializmu i rewizjonizmu. Poczta reklamacji w tym przypadku nie przyjmowała, bo choć nadawca wspominał w liście o dolarach, to przecież nie miał obowiązku umieszczać ich w kopercie. Należy przypomnieć, iż za posiadanie tej imperialistycznej waluty groziło wówczas więzienie, i to całkiem realnie, a w najlepszym razie rewizje, szykany i inne „atrakcje” rodem z PRL-u. Wszak za jej pomocą można by było siłą obalić jedynie słuszny ustrój sprawiedliwości społecznej. Teraz - w celu transferu pieniędzy - są banki i Western Union a i tak zdarza się, że cyberprzestępcy opróżnią konta ku rozpaczy ich właścicieli.

  Stara, utrzymana w czarnej tonacji, na pierwszy rzut niepozorna karta pocztowa. A na jej kanwie można by napisać książkę. O Galicji z jej przysłowiową już biedą ale i swobodami, o Limanowej z przełomu XIX i XX w., o emigracji i tęsknocie, o solidarności i samopomocy imigrantów, a wreszcie o meandrach historii. Ja, z uwagi na zrozumiałe ograniczenia tekstowe, tylko zasygnalizowałem te tematy – rozdziały. Na obecną chwilę, mimo usilnych starań, nie zdołałem ustalić o naszym rodaku nic więcej ponad to, co powyżej napisałem. Ale temat ten nie uważam wcale za definitywnie zamknięty. Mam nadzieję, że prędzej czy później, wpadną mi w ręce jakieś dokumenty, kolejne pocztówki lub listy, które pozwolą zidentyfikować tajemniczego Stanisława. Może po lekturze niniejszego artykułu odezwie się ktoś  z potomnych rodziny Staszka z Limanowej lub najbliższej okolicy, kto pokojarzy przedstawione przeze mnie fakty, daty i osoby, i w rodzinnym archiwum wyszpera coś, co rzuci nowe światło na tę zagadkę. Dodam tylko tyle, iż w archiwum Sióstr Franciszkanek w Pittsburghu nie zachował się żaden dokument, który ułatwiłby przypisanie Stanisławowi nazwiska.

I vice versa: gdyby nazwisko było znane, pewnie jakiś ślad by się znalazł.

  Prezentowaną pocztówkę zakupiłem jakiś czas temu we Francji. Jak tam trafiła? Czyżby kolejny, tym razem francuski, trop w tej zagadkowej historii? Od poprzedniego właściciela, zresztą też Polaka - jakże by mogło być inaczej w tym przedziwnym splocie wydarzeń - nie uzyskałem żadnych konkretnych informacji co do okoliczności jej „pobytu” w Paryżu, nad Sekwaną, poza tymi, iż była częścią większej kolekcji i to raczej o charakterze filatelistycznym. Choć przeleżała w moich zbiorach wiele lat, zawsze mnie intrygowała, ale nie miałem czasu, natchnienia i sposobności, aby zmierzyć się z jej tajemnicą. Dopomógł internet a zdopingowały pozyskane dzięki sieci informacje.

   Wysłane przed wieloma laty z Limanowej karty pocztowe wędrowały po całym świecie[26]. Starannie przechowywane w rodzinnych albumach jako cenne pamiątki i niemalże relikwie czy talizmany, lub mozolnie przez lata scalane w większe czy mniejsze kolekcje filokartystyczne, żyły „swoim życiem”. Uśpione, jakby w letargu. Ale nic nie jest dane na wieki, bo jak mówi- gdzieś zasłyszana- maksyma wszelakiej maści zbieraczy i kolekcjonerów: Życie ludzkie jest jedynie krótkim epizodem w historii istnienia przedmiotów. W dzisiejszych czasach, zakupione na targach antykwarycznych lub aukcjach internetowych, czy też poprzez osobiste kontakty między filokartystami, powracają z najdalszych zakątków świata do miejsca, skąd  je wyekspediowano. W ten oto sposób odbywa się swoiste papierowe deja vu. Zapewne nigdy nie dowiemy się, czy Stanley - bohater i sprawca niniejszego artykułu - powrócił do Limanowej. Najprawdopodobniej założył w Ameryce rodzinę i tam już pozostał. A może, obracając się w kręgach duchowieństwa, wstąpił do seminarium i został księdzem? Nieobliczalny los sprawił, że po blisko stu latach przynajmniej ta karta pocztowa, pisana jego ręką, powróciła w ojczyste strony. Koło historii się zatoczyło. Przypadek? Chichot historii? A może elementarna sprawiedliwość dziejowa, jeżeli takowa tylko istnieje, dała znać o sobie.

  Jako post scriptum cytuję piękny, nostalgiczny wiersz[27]autorstwa Stefana Witwickiego[28] pt: Do sosny polskiej[29], który odnalazłem w c.k. podręczniku dla młodzieży. W hołdzie wszystkim emigrantom z Galicji – naszej małej Ojczyzny.

 

Gdzie winnice, gdzie pomarańcze rosną,

Domowy mój prostaku, witaj, moja sosno !

Od matek i sióstr twoich oderwana rodu,

Stoisz, sieroto, pośród obcego ogrodu !

Jakże tu miłym gościem memu jesteś oku :

Oboje doświadczamy jednego wyroku !

 

            I mną także rzuciła pielgrzymka daleka,

            I mnie na obcej ziemi czas życia ucieka.

            Czemuż, choć cię starania cudze otoczyły,

            Nie rozwiązałaś wzrostu, utraciłaś siły ?

            Masz tu wcześniej i słońce i rosy wiośniane,

            Przecież gałązki twoje żółkną poschylane.

 

Więdniesz, usychasz smutna wśród kwietnej płaszczyzny:

Niema dla ciebie życia, gdzie niema ojczyzny.

Drzewo moje, nie zniesiesz wygnańca tęsknoty!

Jeszcze trochę jesiennej i zimowej słoty,

A padniesz martwe, obca cię ziemia pogrzebie !

Drzewo moje, czyż będę szczęśliwszym od ciebie ?!

 

Dziękuję mojej córce Ani za prowadzenie  korespondencji  angielskojęzycznej  i tłumaczenie tekstów w tym temacie. Zamieszczone ilustracje, poza opisanymi inaczej, pochodzą z moich zbiorów.

 

Bibliografia:

 

  1. Gawron Walenty, Wspomnienia z Limanowszczyzny, Warszawa 1986, wyd. Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza
  2. Grodziski Stanisław, Franciszek Józef I, Wrocław 1983, wyd. Zakład Narodowy im. Ossolińskich
  3. Ks. Józef Panaś, My, Druga Brygada, Katowice 1929, Nakładem: Śląskie Zakłady Graficzne i Wyd. Polonia
  4. Łukasik Henryk, Twierdza Kraków Wokół krakowskiej twierdzy, cz. IV, Międzyzdroje Kraków 2009, wyd. Arkadiusz Wingert
  5. Pod redakcją Feliksa Kiryka, Limanowa Dzieje miasta, t. I, Kraków 1999, wyd. Secesja
  6. Szkółka dla młodzieży, cz. V, Lwów 1914, wyd. Zakład Narodowy im. Ossolińskich
  7. Zasoby internetowe encyklopedyczne: Wikipedia, WIEM.

 

U góry po lewej: piękna, ręcznie kolorowana fotografia z 1899 r. (wyd. Strohmoyer & Wyman) przedstawiająca dzieci bawiące się w Parku Waszyngtona w Chicago (Illinois). Nie da się wykluczyć, iż są to dzieci imigrantów z Europy. U dołu: biedne galicyjskie dzieci bawiące się „w wojsko” na starej patriotycznej karcie niemieckiej poczty polowej (wyd. Berlin). Wojenna machina propagandowa nie oszczędziła-jak widać- nawet dzieci i wciągnęła je w swoje tryby. W zamyśle autora: „ku pokrzepieniu serc”; w rzeczywistości przygnębiająca. Efekt odwrotny od zamierzonego. Te dwie fotografie ukazują zderzenie dwóch „dziecięcych” światów: bogatej Ameryki z perspektywami na przyszłość i ubogiej Galicji, zrujnowanej Wielką Wojną, bez perspektyw. U góry po prawej: Katechizm polskiego dziecka czyli słynny wiersz z 1900 roku autorstwa Władysława Bełzy pt. „Wyznanie wiary dziecięcia polskiego” na starej karcie pocztowej wydanej staraniem Salonu Malarzy Polskich, Kraków 1906. Wysłana w 1907 roku z Krakowa do Królestwa Polskiego w ramach „eksportu” treści  patriotycznych. Taka pocztówka mogła powstać tylko w Galicji. Jak widać, sroga cenzura carska przymykała oko na tego rodzaju korespondencję.

 

 

 

Wielopokoleniowa rodzina chłopska na tle swojego domostwa w wiosennej scenerii Galicji Zachodniej na starej, ręcznie kolorowanej fotografii. Charakterystyczny dla naszych okolic dwuspadowy dach chałupy. W Galicji Wschodniej dachy były przeważnie czterospadowe. Jak widać, dzieci – pozując do zdjęcia - upodobały sobie bardziej eksponowane miejsca na płocie. Przeważnie od zachodniej strony zagrody rosła przynajmniej jedna lipa; charakterystyczny element pejzażu wsi polskiej. Karta pocztowa wydawnictwa Farbendruck A. Adolph, Kunstanstalt, K.B. Hofphotogr., Passau. 

 

          

Po lewej: stary zegar schwarzwaldzki z końca XIX wieku – pamiątka rodzinna po moim pradziadku. Napęd zegara, wybijającego tylko godziny w mosiężny dzwonek, stanowią dwie żeliwne wagi (ciężarki) na łańcuchach. Podobne zegary wisiały w galicyjskich chałupach. Swoim poddanym – jak widać – czas odmierzał osobiście z woli majestatu Miłościwie Panujący Najjaśniejszy Pan Cesarz Franciszek Józef I. Wydaje się, że czas płynął wtedy o wiele wolniej. Po prawej: równie stary zegar, wyprodukowany w Ameryce, w Regionie Wielkich Jezior, w firmie Waterbury Clock Company ( Connecticut) w 1886 roku. Napęd zegara - z biciem godzin (również bez półgodzin) w spiralną sprężynę - stanowią dwie żeliwne wagi na sznurkach. Mówi się, że czas w Ameryce płynie zdecydowanie szybciej, choć prawa astronomii (teoria czasu) i mechaniki (budowa zegarów) temu przeczą. Takie zegary mogły mierzyć upływ czasu naszemu ziomkowi Stanisławowi, w dzieciństwie w okolicach Limanowej i w Pittsburghu – na obczyźnie. (zegary ze zbiorów rodzinnych)

 

     

 

     

Zamieszczone obok-modne wówczas- fotografie stereoskopowe ( tu połówki z tzw. stereopary) pochodzące z 1905 roku wydawnictwa Keystone View Company ilustrują miejsca i warunki pracy w różnych gałęziach przemysłu Regionu Wielkich Jezior. Przeżywająca pod koniec XIX wieku wielki boom gospodarczy Ameryka chłonęła każdą ilość rąk do pracy, szczególnie do tej najcięższej i nie wymagającej kwalifikacji. Zapotrzebowanie na tanią siłę roboczą było zaspokajane poprzez napływ imigrantów, głównie z Europy: Irlandii, Włoch, Grecji, Bałkanów, Skandynawii, Czech, Polski, Ukrainy, Litwy. Szczególnie nasz region Europy, przez stulecia, był i jest nadal traktowany jako rezerwuar siły roboczej na potrzeby rozwijających się gospodarek państw na całym świecie. .Zdeterminowani przez biedę robotnicy - imigranci ciężko harowali w kopalniach, hutach, stoczniach lub na farmach, aby ulżyć doli swoich rodzin – tu na obcej ziemi lub pozostawionych w ojczyźnie. Gwoli prawdzie trzeba dodać, że Ameryka kusiła, i kusi nadal, lepszymi zarobkami, wyższym standardem życia, godziwą emeryturą, a przede wszystkim stabilnością życia, nieosiągalną w naszej części Europy, nękanej licznymi wojnami. Dla ludzi o szerszych horyzontach i większych aspiracjach, emigracja była sposobem na godniejsze życie i rozwój intelektualny. Jednym słowem: na awans społeczny. Walenty Gawron w wyjazdach „na saksy” dopatrywał się ważnego czynnika rozwoju galicyjskiej wsi. Po zetknięciu się z wyższym poziomem cywilizacyjnym na kontynencie amerykańskim, reemigranci przywozili – oprócz rzecz jasna pieniędzy- wszelakiego rodzaju „nowinki techniczne: narzędzia, sprzęty gospodarcze, doświadczenia i spostrzeżenia w organizacji pracy. W rolnictwie pojawiły się nowe maszyny, nawozy sztuczne i nowe uprawy.

 

 

Karta reklamowa (formatu pocztówki) towarzystwa żeglugowego Hamburg – Ameryka Linie (niem. HAPAG-Hamburg Amerikanische Packetfahrt Actien Gesellschaft), założonego w 1847 roku, przewożącego głównie emigrantów z Niemiec i Europy Środkowej do USA. Istnieje do dziś pod nazwą Hapag-Lloyd AG, po połączeniu w 1970 roku z North German Lloyd. Piękny pasażerski liniowiec widoczny na awersie to statek parowy (Steam Ship) napędzany tłokową maszyną parową SS Königin Luise o wyporności 2163 t., zbudowany w 1913 roku w Szczecinie przez firmę AG Vulcan – Verft. Zabierał na pokład 1850 pasażerów i 86 członków załogi. W 1914 roku przejęty przez cesarską Marynarkę Wojenną Niemiec, przeklasyfikowany  jako stawiacz min; zatopiony 5 sierpnia 1914 r. przez brytyjską Marynarkę Wojenną u ujścia Tamizy jako pierwszy okręt wojenny w trakcie działań morskich Wielkiej Wojny. Za: Wikipedia.

 

 

Wszystkie drogi prowadzą do Hamburga. Na rewersie karty mapka z gęstą pajęczyną placówek towarzystwa HAPAG i połączeń kolejo- wych wiodących do portu w Hamburgu. Na ziemiach polskich widoczne miasta: Racibórz, Opole, Wrocław, Poznań, Toruń, Gdańsk i inne.

 

 Stara akcja o nominale 1000 $ Kompanii Kolejowej stanów: Pensylwania, Ohio, Zachodnia Wirginia, Indiana, Illinois. Takim pociągiem, widocznym na ilustracji, podróżowali zapewne bohaterowie niniejszego artykułu.

Ach ten piękny wiek XIX – wiek żelaza i pary. Na starej karcie pocztowej wysłanej z Nowego Jorku na Morawy z potwierdzeniem szczęściwego przybycia na Nowy Ląd, kolejny potężny liniowiec oceaniczny towarzystwa HAPAG – SS Patria, o wyporności 7188 ton. Zbudowany również w stoczni w Szczecinie w 1894 roku; zabierał na pokład ponad 2,5 tys. pasażerów. Jak widać, firma HAPAG posiadała w 1899 roku 74 wielkie parowe statki oceaniczne o łącznym tonażu 323 232 ton. Wedle zapewnień, podróż z Hamburga do N.Y. trwała tylko 6 dni.

 

 

 

Dwa banknoty o nominale 1 $ pochodzące z Regionu Wielkich Jezior. Jeden wyemitowany przez Bank Federalny w Chicago, a drugi przez Bank w Filadelfii, stolicy stanu Pensylwania. Obydwa banknoty z 1914 roku. Mógł je mieć w swoich rękach Stanley i wysłać do swojej rodziny w Limanowej. Te stare, wycofane już z obiegu, banknoty jedno dolarowe są zdecydowanie większe od tych, funkcjonujących obecnie. Zresztą adekwatnie co do większej – i to po wielokroć – ich siły nabywczej, jaką wówczas posiadały.

 

 

 

Dwa banknoty, wyemitowane przez bank Austro – Węgier, o nominałach: dwadzieścia koron ( u góry) i sto koron ( u dołu). Napisy, dotyczące nominału ( wartości ) podane są w dziesięciu, oficjalnie uznanych, językach monarchii naddunajskiej; w tym także w języku polskim. Korony funkcjonowały w obiegu na ziemiach byłego zaboru austriackiego do 1920 roku; wymienione na marki polskie. Banknoty ze zbiorów autora.

 

 

Przypisy:

 

[1]              Pierwsza zwrotka wiersza pod tytułem „ Dla chleba”, bardziej znanego i rozpowszechnionego jako pieśń „ Góralu, czy ci nie żal”. Autorem

                   wiersza był znany, chociaż dzisiaj nieco zapomniany, krakowski pisarz i publicysta Michał Bałucki (1837-1901), pseud. Elpidon. Muzykę

                   napisał nieco później Władysław Żeleński ( za Wikipedia). Niektóre źródła przypisują autorstwo muzyki Michałowi Świerzyńskiemu.

                   Utwór napisany w 1864 r. a wydany w 1866 r. ( wedle innych źródeł – w 1874 r.)

[2]              Liczba mieszkańców Mediny w 2004 roku wynosiła 28536. ( za Wikipedia )

[3]              Pełna i oficjalna nazwa poczty Stanów Zjednoczonych brzmi obecnie: USPS – The United States Postal Service ( U.S. Postal Service).

[4]              Pod red. Feliksa Kiryka: Limanowa Dzieje miasta t.1, str.363

[5]              Tamże: str. 361

[6]              Od autora artykułu: jedną z prowincji Prus była Saksonia, z dobrze rozwiniętym rolnictwem i przemysłem. Ten bogaty rejon, położony tuż

                   za Nysą Łużycka i  Odrą, a więc blisko ziem polskich, był częstym ( obok Śląska) celem wyjazdu do prac sezonowych.  

[7]              Cytat za: Pod red. Feliksa Kiryka, Limanowa Dzieje miasta t. I, str.284-285

[8]  &nb

Limanowskie Stowarzyszenie Historii Ożywionej Jabłoniec 1914
Adres: ul. T.Kościuszki 6, 34-600 Limanowa
KRS: 0000485295
NIP: 7372203252
REGON: 122988528
Partnerzy:
Ta strona wykorzystuje pliki cookies i inne technologie. Korzystając z witryny wyrazasz zgodę na ich używanie.Dowiedz się więcejRozumiem