JABŁONIEC 1914
Limanowskie Stowarzyszenie Historii Ożywionej
Aktualności
dodano: 03-09-2019 21:23:56,
odsłon: 62
PL
Kopia medalika Chrystusa Oświęcimskiego dla Biblioteki Publicznej w Tymbarku.
Tymbark, 4 września 2019 roku.

   Jutro podczas uroczystości nadania imienia kpt. Tadeusza Paolone,  Bibliotece Publicznej Gminy Tymbark Pani Zofia Posmysz, więźniarka niemieckiego obozu KL Auschwitz przekaże Pani Ewie Skrzekut , kierownikowi Biblioteki Publicznej Gminy Tymbark kopię medalika „ Chrystusa Oświęcimskiego „ wykonanego przez więźnia Wiktora Tołkina. Jest to ogromne wydarzenie dla lokalnej społeczności naszego powiatu limanowskiego.

Oto fragment mówiący o tym medaliku w opowiadaniu Stanisława Wcisły:

   „Tadeusz Paolone został rozstrzelany. Wydawać by się mogło, że ten epizod w życiu Zofii Posmysz został zakończony. A jednak nie. Pozostała jeszcze sprawa medalika, który otrzymała od niego ze słowami: „Strzeż go, donieś do wolności”. Tu rozpoczyna się nowa historia związana z tymi osobami – Tadeuszem, ofiarodawcą i Zofią, która pragnęła spełnić jego prośbę, donieść medalik do wolności. Oto fragmenty „Chrystusa Oświęcimskiego”, dotyczące tej historii:

„Wiozłyśmy «fasung» [przydział żywności] z głównego magazynu. Popychając wózek dostrzegłam w pewnej chwili coś, po co się schyliłam. Medalik. Widać jakiś przerażony Zugang [niedawno przybyły więzień] zobaczywszy na drodze esesmana, wyrzucił go w popłochu. Po wieczornym apelu obejrzałam medalik. Na metalowym łańcuszku owalna, aluminiowa blaszka z wytłoczonym wizerunkiem Matki Boskiej Szkaplerznej. Przyszło mi na myśl, że ten łańcuszek mógłby przygarnąć i mój skarb. Wydostałam go zza krokwi, spróbowałam czy zapinka przejdzie przez uchwyt ryngrafiku. Przeszła. Ściągnęłam z łańcuszka znaleziony medalik. Po chwili jednak, nie wiedząc co z nim począć, w odruchu jakby litości, ponownie nań nawlekłam. Następnie zawiesiłam na szyi.”

I dalej:

„(...) Esesman skorzystał z okazji, że Aufseherin Franz wyjechała na obiad, aby wtargnąć do brotkamery [pomieszczenia, gdzie przechowywano i porcjowano chleb]. Wpadł do baraku z wrzaskiem «antreten» [zbiórka] zaczął przetrząsać najpierw szuflady w jej kantorku, następnie półki z chlebem, wreszcie, gdy nic nie znalazł, rozkazał stojącym w szeregu więźniarkom pokazać ręce, odsłonić nadgarstki i szyje. Poczułam ziębnięcie twarzy i drobniutkie, obrzydliwe szczękanie zębów. «Zdjąć», rozkazał. Podniosłam ręce, dłonie jednak drżały, nie mogłam uporać się z zapięciem. «Los, runter damit!» [Już, w dół z tym!], ponaglił. Wtedy podbiegła Marta. Czułam na karku jej palce. A potem zobaczyłam. Zobaczyłam wpadający do worka łańcuszek.

Tropiciel biżuterii odszedł, a ja wciąż siedziałam na ziemi. Nie na wszystko, jak mi się zdawało, byłam gotowa. Marta pomogła mi wstać, wprowadziła do kantorka. «Masz», wyciągnęła rękę. Na jej dłoni leżał medalik. Mój, z głową Chrystusa. «Jak? Jak to zrobiłaś?» Tylko tyle zdołałam z siebie wykrztusić. «Zsunęłam go z łańcuszka. Do worka trafił ten drugi». Cud? Odżyła w pamięci chwila, gdy z błota Lagerstrasse [obozowej drogi] podniosłam aluminiową blaszkę z wizerunkiem Matki Boskiej Szkaplerznej. Czy nie dlatego tam się znalazł, prawie pod moim butem, aby ocalić moją bezcenną pamiątkę, Oświęcimskiego Chrystusa?

Do końca mojego pobytu w Birkenau, a i później, w Ravensbrücku i Neustadt-Glewe, przechowywałam medalik, a to w zakamarkach odzieży, a to w bucie, czasami w ciasno upiętych włosach, a raz, podczas szczególnie dokładnej rewizji – w ustach. Doniosłam go do wolności. I zachowałam do dzisiaj.”

Na tym jednakże nie kończy się historia medalika. Pani Zofia była dociekliwa i postanowiła poznać bliższe okoliczności jego powstania. Kto i kiedy go wykonał – i to w Oświęcimiu. Jak trafił do rąk Tadeusza i dlaczego przekazał go właśnie jej z prośbą – „donieś do wolności”. Rozpytywała znajomych więźniów, a także jubilerów, jednakże – zdawało się – bezskutecznie. Wszystko jednak ma swój czas. Po sześćdziesięciu latach – na prośbę kustosza muzeum Auschwitz-Birkenau – pani Jadwigi Dąbrowskiej – przyjechała znów do Oświęcimia by wziąć udział w nagraniu filmowej relacji z pobytu w karnej kompanii w Budach. I oto dalsza relacja pani Zofii:

„Medalik został sfotografowany w archiwum – Muzeum gromadzi eksponaty tego rodzaju, przejawy twórczości więźniów. Pani Jadzia Dąbrowska, przejęta jego historią, przyrzekła dołożyć starań, aby ustalić, kto go wykonał. Dzięki jej pośrednictwu poznałam panią Hannę Ulatowską, profesora uniwersytetu w Dallas, również byłą więźniarkę Auschwitzu, dokąd jako jedenastoletnia dziewczynka trafiła z powstania warszawskiego wraz z matką i bratem. Pani Hanna pisze pracę na temat twórczości więźniów, stąd jej częste wizyty w Muzeum w Auschwitz-Birkenau, a także spotkania z byłymi więźniami. Okazało się, że pani Hanna zna kogoś, kto mógłby coś wiedzieć na temat oświęcimskiego medalika z Chrystusem, bowiem w obozie zatrudniony był w pracowni, nazwijmy to, artystycznej, w której więźniowie wyrabiali dla esesmanów różnego rodzaju przedmioty, dzieła i dziełka, poczynając od płaskorzeźb, drzeworytów, figurek, obrazów, a kończąc na biżuterii wytwarzanej z zagrabionych na rampie złotych monet. Ten ktoś mieszka w Gdańsku, jest rzeźbiarzem, twórcą kilku pomników. Nazywa się [Wiktor] Tołkin. Pani Hanna (...) spotyka się także z Tołkinem, właśnie ze względu na jego obozowe losy. Zagadnie go o medalik z Chrystusem.

(...)

Boże Narodzenie roku 2004. (...) Spotykamy się z panią Hanią. I słyszę, że Wiktor Tołkin bardzo się moim medalikiem zainteresował: jaki ma kształt? Czy nie ryngrafu? Ile uchwytów? Jeden, dwa? I wyraził pragnienie zobaczenia go. Cóż, że leży w szpitalu? Prosi, żebym przyszła.

(...)

Wiktor Tołkin. Szczupły, siwowłosy, o pociągłej, zaskakująco młodej twarzy. Ile też lat miał tam? Padają rytualne między byłymi więźniami pytania: ilu cyfrowy numer, Auschwitz główny czy Birkenau, który blok, jakie komando? I wreszcie ostatnie: o medalik. Podając mu go, opowiadam jak do mnie trafił. Gdy słyszy nazwisko ofiarodawcy, nieruchomieje. «Lisowski? Paolone? Od niego pani dostała?». Jest zelektryzowany. «To by się zgadzało», mówi raczej do siebie, ledwo dosłyszalnie. Podnosi medalik do oczu, ręce mu drżą, drży głos. «Paolone... To przecież on umożliwił mi... Byłem w kartoflarni, on był zastępcą kapo. Sprawnie mi szło obieranie, to sobie czasami pozwalałem na jakąś przyjemność – raz i drugi wyrzezałem w brukwi figurkę. Zobaczył to, powiedział: ‘masz zdolności’ i spowodował, że dostałem się do takiej grupy plastyków...». Milknie, bardzo wzruszony. «Nieodżałowany człowiek...». W drżących palcach obraca medalik, znów go podnosi do oczu. «Jeszcze jeden podobny wykonałem z Matką Boską. Też dla niego». Nagłe rozwarcie w pamięci luki: stolik z buchalteryjną księgą, wyciągnięta nad nią dłoń, a na niej... Tak, na niej dwa medaliki. «Wybierz, który wolisz». Teraz i mnie drży głos. «Wiem, widziałam ten medalik. Otrzymała go koleżanka o imieniu Ellen». Wiktor Tołkin. To jego palce, jak «rylec pisarza biegłego» wyrysowały w srebrnej blaszce bolesną twarz Chrystusa. Chrystusa Oświęcimskiego.”

Tak kończy się opowiadanie pani Zofii Posmysz o Chrystusie Oświęcimskim i o Tadeuszu – kapitanie Paolone.

Wróćmy jeszcze do cytowanego już listu narzeczonej Tadeusza, pisanego z francuskiej miejscowości La Hauteville  i wysłanego 20 września 1946 r. do Argentyny, gdzie mieszkała matka kapitana. W poniższym cytacie wspomina o tym, w jakich okolicznościach trafiły do niej ostatnie pamiątki po narzeczonym:

„Przy egzekucji był atleta cyrku Staniewskich, który był strażnikiem bunkra. Wieczorem przed rozstrzelaniem, gdy Tadeusz wiedział, że śmierć mu pisana, postarał się o przemycenie do p. Br. Budyna książeczki i medalika z prośbą o doręczenie mnie. «To są jedyne rzeczy, które mogę jeszcze mej narzeczonej posłać».

Ostatnim jego życzeniem było, aby jego przełożeni dowiedzieli się, «że nie przyniósł ujmy mundurowi, który nosił i nie zawiódł oczekiwania jakie jego przełożeni w nim pokładali». Jak więc Pani widzi, umarł jak wielki Polak z myślą nie o rodzinie, i nie o mnie, ale o Polsce.”

I dalej wyznaje pani Roma:

Byłam z nim przez siedem lat związana i bardziej może związało mnie z nim więzienie niż okres szczęścia, jaki z nim przeżyłam. Bardzo być może, że ja też kiedyś znajdę kogoś, kogo będę mogła nazwać swoim mężem, niemniej jednak wątpię, abym znalazła kogoś, kto stałby tak wysoko jak Tadzio. Tacy idealiści jak on nieczęsto się trafiają i gdy w dzisiejszych czasach przyglądam się różnym ludziom, widzę dokładnie różnicę między nim a innymi. Widziałam ją zresztą zawsze.”

W dalszej części listu pani Roma pisze, że spotkała osoby, które twierdziły, że Tadeusz nie został rozstrzelany, a jedynie wywieziony z karnym transportem do innego obozu. Czekała więc na jakieś pomyślne informacje. Kiedy jednak okazało się, że rozstrzelanie w Auschwitz było faktem, postanowiła przesłać matce Tadeusza jego książeczkę do nabożeństwa, pisząc:

To jest rzecz, która towarzyszyła mu i była pociechą we wszystkich cierpieniach i zwątpieniach życia obozowego. Oblałam ją kiedyś łzami, szczególnie, gdy odczytywałam najbardziej zniszczone miejsca – Litanię do Matki Boskiej i modlitwę duszy opuszczonej przez wszystkich. Trzy i pół roku więzienia niemieckiego to niemało i ma Pani rację mówiąc, że przeszedł przez piekło. Do przetrzymania pomogła mu książeczka, którą przesyłam Pani, oraz głęboka wiara w Boga i umiłowanie słuszności sprawy. Chciałabym bardzo, aby żył bez względu na to, czy zostałby moim mężem, czy nie, uważam bowiem, że odrodzenie naszego narodu, a może nawet całej ludzkości leży w ludziach podobnych jemu.

Przepraszam, że list jest tak długi, ale nie chciałam go pisać na raty. Wolę mieć to już poza sobą. Już trzy lata prawie po śmierci Tadeusza, ale zawsze takie roztrząsanie jego życia jest dla mnie bolesne i wstrząsające, tym bardziej, że długo w nią nie wierzyłam”.

Jakże niezwykłe i bogate przeżycia opisuje pani Roma – od bardzo bolesnych, jakich doznała, poprzez te najserdeczniejsze. Dzięki temu listowi wyraźniej widzimy postać kapitana Paolone i jego narzeczonej – Romy Sygnarskiej – a także rodziny Tadeusza, tej w Tymbarku i tam, w dalekiej Argentynie, w której, mimo upływu lat, nadal trwa pamięć o tych, którzy już odeszli oraz przechowuje się po nich pamiątki jako bezcenne skarby, czego najlepszym dowodem jest zachowany i przesłany nam list pani Romy, która pisała go ponad 60 lat temu.

Dzięki tym pamiątkom i życzliwej pamięci wielu osób, możemy poznać nie tylko Tadeusza Paolone „Lisowskiego”, ale także i wiele innych postaci, jakie związane zostały z jego życiem. Trudno tu wymienić wszystkich, by oddać im hołd i cześć za trwanie w polskości mimo cierpień i upokorzeń, jakich doznawali w czasie okupacji, a szczególnie w czasie przetrzymywania w obozach. Widzimy jednakże, że ofiara ich życia nie poszła na marne, że dzięki nim nasza Ojczyzna znów cieszy się wolnością, że wielu ludzi „uszlachetniło” się, odzyskało swą „ludzką twarz” – choćby Aufseherin Annelise Franz, kiedy wobec pani Zofii wypowiedziała: „Schade um den Kerl”.

Ile to wątków związanych jest z jednym życiem, w cudowny sposób łącząc się w logiczną całość. Ile jest tu do przemyślenia, ile wzorów do naśladowania i ile pytań, na które nigdy nie znajdziemy odpowiedzi. Warto jednak postawić jeszcze jedno związane z kapitanem Paolone – oświęcimskim więźniem – czy Tadeusz musiał zginąć w obozie?

Przecież miał w rodowodzie pochodzenie włoskie, Włosi zaś w tym czasie byli sprzymierzeńcami Niemiec. Gdyby to ujawnił i okazał nieco skruchy, powiedział, że on także pragnie służyć idei Hitlera i Mussoliniego – zapewne zostałby ułaskawiony. Może zostałby jedynie wcielony do jakiejś jednostki wojskowej na froncie by nadal walczył – lecz już po drugiej stronie. Iluż to było takich. Być może i on tak myślał i rozważał, jednakże tak nie postąpił. Czuł się bowiem obywatelem polskim, patriotą i dlatego poddał się cierpieniom, a w końcu życie swe złożył na ołtarzu Ojczyzny.

Składając cześć Jego pamięci pragniemy wyrazić pragnienie, by dla nas wszystkich – szczególnie zaś dla młodych - był wzorem do naśladowania.

 

 

 

Opracowanie: Stanisław Wcisło

Materiał nadesłał st. insp. ZS OSW Tymbark Robert Nowak

Limanowskie Stowarzyszenie Historii Ożywionej Jabłoniec 1914
Adres: ul. T.Kościuszki 6, 34-600 Limanowa
KRS: 0000485295
NIP: 7372203252
REGON: 122988528
Partnerzy:
Ta strona wykorzystuje pliki cookies i inne technologie. Korzystając z witryny wyrazasz zgodę na ich używanie.Dowiedz się więcejRozumiem